Kościół św. Jakuba

Stanisław Przybyszewski nazwał świętego Jakuba panterą przyczajoną do skoku. Cóż – trafne skojarzenie. To jedyny pośród toruńskich kościołów, który mimo stosowanego na tych ziemiach budulca – cegły – lekkością nie ustępuje kamiennym katedrom południa Europy. Ażur i szyk świątyni zachwycają po dziś. Wielką tajemnicą pozostaje, jakim cudem kościół parafialny Nowego Miasta, które było raczej biednym kuzynem hanzeatyckiego, staromiejskiego emporium, nabrał cech najwytworniejszej architektury dworskiej. Świętego Jakuba nie powstydziłaby się żadna europejska stolica. Stąd przypuszczenie, że kościół mógł pełnić funkcje zamkowej świątyni miejscowego krzyżackiego konwentu. Tajemnic i niejasności związanych z budowlą jest więcej. Z jednej strony, to jedyny spośród monumentalnych toruńskich kościołów, co do czasu powstania którego nie powinno być wątpliwości. Z drugiej – to właśnie w jego przypadku wątpliwości jest najwięcej. Ale po kolei. Prezbiterium obiega zdobny, barwny fryz inskrypcyjny. Głosi, kto, kiedy i po co ufundował budowlę. Jest tam napisane, że kościół postawiono, a raczej zaczęto budować, w roku 1309. Co jednak z potrzebami duszpasterskimi nowomiejskiej gminy w dekadach poprzedzających fundację? Wszak Nowe Miasto istnieje od roku 1264!

Od czerwonej bryły kościoła wyraźnie odcina się pobielana północna kruchta. Jest kilka przypuszczeń tłumaczących ten estetyczny zabieg. Najbardziej przekonuje teza o wyjątkowej funkcji przybudówki. Otóż – podobnie jak w przypadku Starego Miasta – kościół farny należał do najważniejszych, w sensie społecznym i politycznym, budowli. Kruchta natomiast była rodzajem „przedłużenia” ratusza. To tu – na granicy zanurzonej w profanum codzienności i skąpanej w sacrum tajemnicy – odczytywano rozporządzenia Prześwietnej Rady Miejskiej. Interesujący detal przykuwa uwagę, gdy przyjrzeć się kruchcie bliżej. Na ścianie wymalowano fantastycznego stwora - demona o kształtach gigantycznego szerszenia. I on, stojąc na granicy dwu światów, zapobiegał złym siłom, które nie miały wstępu do wnętrza nowomiejskiej fary.

W obiegającym przykościelny teren murze stoi zagadkowy budyneczek - gotycki obiekt o gabarytach kiosku. To stara kostnica – ossuarium. Dawnymi czasy, gdy miasto było duże, a przykościelny cmentarz mały, doczesne szczątki torunian wygrzebywano z ziemi, by zwolnić miejsce dla kolejnych chętnych. Aby kości w spokoju i z szacunkiem mogły wyczekiwać wieczności, składano je właśnie w ossuarium.

Pośród wyposażenia fary największe zainteresowanie budzą dzieła przeniesione tu ze zburzonego w latach trzydziestych XIX w. kościoła dominikanów. Mowa o obrazie pasyjnym i dwu krucyfiksach. Pasja Toruńska to ekstraligowy obraz wiązany z warsztatem Hansa Memlinga. Symultaniczne przedstawienie prezentuje dzieje Chrystusa od wjazdu do Jerozolimy, aż po Zmartwychwstanie. W jednej ze scen pojawia się intrygujący szczegół. Na gałęzi dynda ciało Judasza – samobójcy. Z jego piersi wyłazi czarny jak smoła demoniczny duch. Diabelska postać musiała budzić spore emocje pośród pobożnych torunian, ponieważ podrapana jest ostrym rylcem, jak gdyby chciano wykreślić ją z Dzieła Zbawienia.

Postać Chrystusa rozpostarta na krzyży w formie Drzewa Życia to kolejne dzieło przeniesione do świętego Jakuba z dominikańskiego świętego Mikołaja. Wizerunek na tyle wrósł się w świadomość torunian, że jego replika zdobiła papieski ołtarz podczas wizyty Jana Pawła II w Toruniu.

Trzecim, podaj najbardziej interesującym eksponatem, jest krucyfiks zwany „czarnym”. Nazwa jest już mało adekwatna, ponieważ podczas ostatniej konserwacji postać Jezusa „wybielono”, co pozwala żartować toruńskim przewodnikom, przyrównującym figurę do Michaela Jacksona. Nie zmienia to jednak faktu, że przedstawienie należy do wyjątkowych. Wizerunkowi przypisywana jest cudowna moc, której doświadczać mieli głównie flisacy, którzy odwiedzali Toruń. Krucyfiks sprowadzono z Florencji. To jeden z dwu takich obiektów w Polsce. Postać Chrystusa nakłania do współodczuwania - wyrzeźbiony jako nagi mężczyzna, biodra zasłonięte ma perizonium z prawdziwej tkaniny. Na zbolałe czoło mężczyzny spływają naturalne włosy peruki nałożonej na głowę rzeźby.

Również nowomiejska fara mogła się niegdyś pochwalić imponującym rozmiarami i wagą dzwonem. Mowa o skradzionym przez Szwedów, przeszło sześciotonowym instrumencie, który dzwoni dziś na wieży uppsalskiej katedry. Nazywany jest Thornan - Toruńczyk , a ponieważ Szwedzi słyną ze specyficznego poczucia humoru, zaopatrzono go w inskrypcję o następującej treści – z Bożą pomocą przywieziony z Torunia…

 

Powrót